ja i lewcio

Pamiętam jak przed wyjazdem do Włoch dopytywałam się znajomej Polki mieszkającej pod Bolonią jakie jest życie we Włoszech? Lepsze? Gorsze? Ona odpowiadała: INNE.

Mi, ponieważ wyjazd rysował się coraz wyraźniejszymi kreskami, to nie wystarczało. I za każdym razem kiedy przyjeżdżałam zamawiać kolekcję marki, w której znajoma pracowała jako handlowiec, wracałam do tematu. Ale co oznacza inne?

Jak INNE jest życie we Włoszech i co oznacza słowo INNE przekonuje się dopiero w momencie kiedy  się tutaj zamieszka. Oczywiście moja znajoma miała odmienne pojęcie słowa INNE przeprowadzając się spod Białegostoku do Bolonii ode mnie wędrującej z Krakowa do wiosek w Kampanii czyli południowych Włoszech.

Słowo INNE to słowo klucz w każdej przeprowadzce. I tylko nasza zdolność do zaakceptowania inności praktycznie wszystkiego dookoła stanowi o tym czy będziemy się czuli dobrze w nowym miejscu. Przy okazji trzeba pamiętać o tym, że w nowym miejscu też my jesteśmy tą innością dla lokalnych. Jak się będziesz czuł z tym, że jesteś INNNY? Ten ze wschodu przyjeżdżający do krainy marzeń mlekiem i miodem płynącym czyli Włoch? (powtarzam tylko to co słyszę na co dzień)

Stoję teraz na „rozdrożu decyzyjnym” rzeźbiąc sobie w głowie ostateczną wersję czego potrzebuję i co jest dla mnie dobre. I powiem Wam, że wcale nie jest łatwo podejmować decyzje o kamieniach milowych. Jedną nogą w Polsce jedną we Włoszech.

Bardzo sobie cenię kontakty z dziewczynami z Klubu Polek  – to świetne, odważne kobiety rozsiane po całym świecie. Przy okazji piszące, przy okazji nie bojące się poruszać wiele, nawet bardzo osobistych tematów  w „naszych rozmowach”.

Między innymi padł ostatnio pomysł Alfabetu Emigracji. Każda po swojemu – lekko czy refleksyjnie, humorystycznie czy  ironicznie. Zawsze subiektywnie. Trochę się pośmieję, trochę zadumam, a potem kiwnę głową mrucząc pod nosem „no tak, tak to jest”. Możecie sobie zerknąć na wpisy o innych krajach – wrzucam Wam linki poniżej.

Ja właśnie zdecydowałam się dołączyć. Dlaczego? Może i mi w głowie się trochę bardziej poukłada kiedy zrobię sobie w głowie kilka podsumowań.  Rachunek sumienia, analiza SWOT, zwał jak zwał…

Ciekawe czy i Wy czytając kiwniecie głową mrucząc pod nosem „no tak, tak to jest”. :) Bo okazuje się, że wielu, wielu z Was mieszkało kiedyś, choć przez kilka miesięcy, w innym kraju. I macie wiele przemyśleń o tym jak się mieszka INACZEJ, będąc tym INNYM.

 

A czyli ADAPTACJA

Podejmując decyzję o zamieszkaniu w innym kraju chyba nie myśli się na początku na jak wiele zmian trzeba być przygotowanym i jak duże pokłady elastyczności i otwartości trzeba uruchomić! Niby TO SIĘ WIE ale tak naprawdę dopiero na miejscu czeka cię spotkanie oko w oko ze smokiem.

Smok czasami ma imię inny język, nieznajomość otoczenia, niezrozumienie. Wielki kaliber. Ale czasami smok to malutki smoczek, który na pierwszy rzut oka wydawać by się mógł nic nie znaczącym smoczkiem. Okazuje się, że umie skutecznie podgryzać.

Myślę sobie, że proces adaptacji przebiega zupełnie inaczej kiedy rodzina polska decyduje się zamieszkać za granicą od sytuacji kiedy rodzina jest mieszana. Ten pierwszy wariant jest według mnie o wiele trudniejszy i wymaga od polskiej rodziny większej otwartości i przebojowości. Chylę czoła!

Doświadczenia w osamotnieniu na obcej ziemi nie mam, bo zawsze otaczali mnie Włosi. Kiedy było coś do załatwienia w urzędzie to Włoch  szykował się do walki – jemu łatwiej. Potrafi mówić w lokalnym dialekcie, potrafi krzyczeć i odpowiednio gestykulować rękami.  Ja w końcu  też nauczyłam się mówić głośniej. Na początku wchodząc do baru na dole i mówiąc „dzień dobry” byłam całkowicie zlewana. Smutno mi było, zawsze smutno kiedy zlewają. Ale zostałam odpowiednio poinstruowana. Teraz wchodząc do baru otwieram zamaszyście drzwi (najlepiej jak w coś uderzą bo głośniej) krzycząc (słownie krzycząc) buongiorno! Nie tylko barman ale i wszyscy ludzie stojący przy ladzie przerywają rozmowę i odpowiadają buongiorno przy okazji dorzucając come stai i tak zaczyna się rozmowa. Punkt dla mnie.

Tworząc mieszankę kulturową chyba jest łatwiej przyjmować rzeczywistość bez próby jej naginania na siłę i zawsze. Trochę dlatego, że jest ta druga strona, którą, próbując naginać świat do siebie, również naginasz. I przez to chyba częściej po prostu odpuszczasz.  Na wszelkich forach i grupach przed Świętami toczą się dyskusje gdzie można kupić w okolicy barszczyk. W polskiej rodzinie rzeczywiście barszcz (biały albo czerwony) na stole świąteczym zawsze jest. Ja spędzając Święta we Włoszech wsuwałam na Wigilię frutti di mare i baccalà. Bo wszyscy wokół mnie to jedli i razem przygotowywaliśmy. Ale za to podczas Świąt spędzanych w Polsce ani mi do głowy nie przyszło żeby biegać za baccala bo może Włochowi karpik nie siądzie. Nie siadł, bo w panierce (ryba w panierce??). W gotowości była odpowiedź o gumowej baccalà. 1:1.

 

Jednym z bardziej bezdusznych momentów w polskiej XX wiecznej historii były przesiedlenia Łemków  na zachodnie tereny, zwane chyba tylko przez Polaków Ziemiami Odzyskanymi.  Organizatorzy akcji dobrze wiedzieli, że Łemkowie ładnie się zasymilują kiedy rozrzucą społeczność tak jak tylko się da, zakazując tworzenia większych grup rodzin i mieszkania zbyt blisko siebie. Nie przewidzieli jednego. Łemko to twarda sztuka, a system się zmienia. Dziś mamy Łemków z ich odmienną religią, językiem i kulturą i chwała im za ich moc. Zaadaptowali się w nowym miejscu ale nie zatracili swojej kultury asymilując się w 100% z ludnością polską przy okazji gubiąc siebie.

Po drugiej stronie „skali adaptacji” są z kolei ci wszyscy, którzy dobijają do swoich. Ciemnoskórzy nie chcą przyjeżdżać do Polski nie tylko dlatego, że tu się marnie zarabia. Tu po prostu nie mają swoich, nie mają swojej społeczności, nikt w ich języku nie mówi, nie ma ich światyń i sklepów z ich żywnością. Swoi ciągną do swoich. Potrafię to zrozumieć ale wiem, że „hermetykom” będzie o wiele bardziej ciężko żyć w nowym kraju. Nie tylko zaraz po przyjeździe ale nawet  po wielu latach.

Jeśli goszczę w jakimś kraju uczę się jego języka, daję się poznać, wychodzę do ludzi, zmieniam swoje przyzwyczajenia. Choć troszkę. W przeciwnym razie zawsze będzie ciężko. Adaptacja nie oznacza asymilacji. To, że jem pizzę w Boże Narodzenie nie oznacza, że wyrzekam się swoich przodków. (Ja jadłam, przodkowie mają się dobrze). Lemon też rozmawia na co dzień po polsku ale potrafi zaśpiewać  w melodyjnym łemkowskim języku piosenkę tak, że każdy przystanie i posłucha. A przy okazji zastanowi się co to za flaga zawsze wisi przy mikrofonie kiedy Lemon śpiewa.

 

B czyli BLOGOWANIE

Po roku mieszkania we Włoszech wpadłam na znakomity pomysł – założyłam bloga. Po pierwsze było tyle rzeczy nowych i zaskakujących dookoła, że stwierdziłam „szkoda byłoby tego nie zapamiętać!”. Potem wszystko będzie już tak normalne, że nawet nie będę pamiętała, że mogło mnie to dziwić.

Drugą przyczyną było pisanie, żeby rodzina mnie trochę poczytała – co tam u mnie w dalekim świecie. Rodzina olała, każdy woli zadzwonić i sam się dopytać co u mnie. Bez sensu jakiś blog czytać. No, w sumie racja. Zwłaszcza, że w międzyczasie pojawiły się w prawie każdym abonamencie setki darmowych minut na rozmowy międzynarodowe. Nic to, impuls był. I blog trwa.

Teraz pisanie i wszystko co się dzieje wokół to ciągnące się długie godziny, nieodłączny element każdego dnia. Kto by się spodziewał!

Bardzo cenne jest dla mnie to, że dzięki pisaniu poznałam fantastycznych ludzi mieszkających za granicą, również piszących. Spora część z nich mieszka we Włoszech. Choć jeszcze się nie widzieliśmy (taki paradoks) plany są! A ja nie mogę się doczekać.

Według mnie w przeważającej części są to ludzie o jakiejś nadprzyrodzonej mocy – mieszkają i pracują za granicą, mają tu rodziny, przy okazji piszą i są aktywni w różnych dziedzinach. Podejrzewam, że albo nie śpią albo potrafią się teleportować. Przecież w nowym miejscu wszystko zajmuje dwa razy więcej czasu – załatwienie sprawy w urzędzie, znalezienie mleka na półce, dojechanie na miejsce po kilkukrotnym zgubieniu się. Okej, może teraz już zadziałały pierwsze mechanizmy robienia rzeczy z automatu. Może nie widzę z daleka Łaciatego 3,2% ale mleko już rozpoznaję…

Miało być o blogowaniu a ja o mleku piszę. Chyba to oznacza czas na kawę. Z mlekiem.

 

C czyli CIEKAWOŚĆ

Wróćmy do mleka. Nie kupisz go z automatu, nie zobaczysz łatek na butelce już z drugiego końca sklepu. Wszystko jest inne, wszędzie mózg pracuje na najwyższych obrotach, czujesz się jak w kołowrotku. To mija, tak. Ale potrzeba czasu. Raz mniej, raz więcej. Ludziom ciekawskim jest łatwiej.

To ciekawość każe mi spędzić dłuższy czas w sklepie – bo przy okazji popatrzę na inne mleka. A co oznacza intero? No tak, „pełne”. Czyli mleko dla mnie, ładnie się spieni do cappuccino.

Potem zagapię się na opisane części świni dopasowując na stoisku mięsnym rozpisane kawałki do mojej listy rzeczy do kupienia. Kiedyś zapamiętam. A potem wkładam nos do lady z pokrojonym mięsem „a co to?”. Słyszę „fegato”. Nic mi to nie mówi ale ciekawość nakazuje mi kupić, żeby spróbować i potwierdzić, że to najzwyklejsza w świecie wątróbka.

Ciekawość każe mi również rozmawiać z Włochami o ich historii i zwyczajach. Mam tak komfortową sytuację, że dostaję informacje z pierwszej ręki! A to lubię. Kto mi lepiej wytłumaczy dlaczego pomniki Garibaldiego na południu są obsmarowane niepochlebnymi komentarzami? Kto mi lepiej wytłumaczy dlaczego Mussolini dla wielu jest bohaterem, a Maradona – bóg Neapolu porywa neapolitańskich kibiców do kibicowania Argentynie w meczu z Włochami?

Jako laik w kuchni stoję jak zaczarowana patrząc na kuchenne czary mary naszych zaprzyjaźnionych pizzaioli, kucharzy i włoskiej mammy, ewentualnie sorelli. Pytam, podglądam, zaspokajam ciekawość. A Włosi lubią kiedy się dopytuje jak się robi salsę do obiadu albo czym się napycha cannelloni.  Wygrywa się podwójnie – zyskując wiedzę i przychylność włoskiej mammy.

Ciekawość i dociekliwość to dobre ceny. Pomagają szybciej się odnaleźć i poukładać sobie w głowie wszystkie nowości i inności. A poza tym, i to jest chyba najważniejsze, są cechami pozwalającymi na… Tu powinno pojawić się słowo, które mam zaplanowane przy literce „Z”. :) Tym słowem zamknę Alfabet a w międzyczasie pojawi się niemniej ważna litera – D jak DOM.


Wyżej obiecałam Wam, że wkleję linki do innych blogów piszących Alfabet Emigracji. Oto one:

Zaczynam do początku – C jak cztery

Justa poza granicami – C jak Charity Shop – Alfabet mojej emigracji

Direction Sweden – C for chocolate // C jak czekolada

Nie zawsze poprawne zapiski Dee – C jak ciąg dalszy

Mama z prądem i pod prąd… – Alfabet emigrantki : C jak Chleb, bo chleb najlepiej smakuje w Polsce. I od tego nie uciekniemy nigdy…

C’est la vie! – C… Chimie

Gone to Texas – My Texas Alphabet: C for Cowgirl Hat

Anna Maria Gregorowicz – Alfabet mojej emigracji. C jak Polka w ciąży

Anna Maria Boland – Subiektywny alfabet emigracyjny: C jak czereśnie

Polsko-francuski punkt widzenia – Alfabet Emigracji B i C – biurokracja, CAF i CPAM