DOM WE WŁOSZECH

Aneta, autorka bloga Hello Calabria, mieszkająca tutaj już od 13 lat jeden z moich wpisów skomentowała tak: „A najzabawniejsze jest to, że we Włoszech nadal jestem tylko Polką ale za to w Polsce już dla niektórych Włoszką :) „Podwójnie nieobecna”. Ot taki paradoks :)”

Myślę, że i ja i wielu innych po jakimś czasie zaczyna odczuwać to samo o czym pisze Aneta. Może po 2,5 roku (mój kejs) jeszcze nigdy nie czułam się „obca” w Polsce ale tak, zauważyłam, że moje nieobecność dla wielu stała się normalnością.


 

Dom to przede wszystkim rodzina. I chyba to jest najtrudniejsze kiedy zaczyna się mieszkać daleko. Ognisko, wspólny wyjazd, Święta. A ciebie nie ma, potem znowu nie ma, a potem… znowu nie ma.

Dom to wszystko to, co cię otacza, daje poczucie bezpieczeństwa i jest twoje. Tego nie da się zbudować tak ad hoc – dom tworzą lata. Lata przyzwyczajeń. Można kupić sobie wyspę, wybudować chatę i powiedzieć „tu jest mój dom”. Ale prawda jest taka, że nowe miejsce staje się twoim domem przez lata. Żeby móc go nazwać domem najpierw musi na to miano zasłużyć.

Dom to również otaczający cię ludzie. Kiedy stajesz się dla nich swojakiem zaczynasz się czuć bezpieczniej, spokojniej, „po domowemu”. Ale nawet jeśli najbliżsi zaczną cię traktować jako swojego, na co dzień dla całej reszty zawsze będziesz tym innym. Tak jak pisze Aneta „we Włoszech nadal jestem tylko Polką”…  Po wielu, wielu latach…


 

Człowiek zawsze mieszał zupę w czerwonym garnku kręcąc w prawo cztery razy, potem w lewo trzy razy, na koniec stukając warzechą o brzeg  garnka. Aż w końcu ktoś zadał pytanie „ale dlaczego tak mieszasz?”.  Człowiek zbity w pantałyku zastanawia się po co pytać o rzecz oczywistą. Po kolejnym pytaniu traci grunt pod nogami:  „ ale dlaczego zawsze w czerwonym garnku?”. Nokaut następuje przy pytaniu finałowym: „ale dlaczego na pierwsze danie zupa?!”.

Czy ktoś jest z kosmosu? Nie, to po prostu inne życie, odmienna kultura, mentalność, wychowanie, sposób myślenia i przyzwyczajenia, które z impetem wdzierają się do twojego stabilnego życia jak tylko otworzysz drzwi  „odmieńcom”.

A co jest w tym wszystkim najlepsze?

Że to właśnie ty jesteś tym odmieńcem, któremu otwarto drzwi. I w takich to okolicznościach zaczynasz budować swój nowy dom. Gdzieś tam.


 

Jeszcze weselej  jest kiedy dom ma być dwunarodowy.

Proste? Wcale! Bo zaczynają go tworzyć dwie małe stabilizacje wytrącone ze swoich utartych ścieżek. Może to być świetna szkoła obiektywnego myślenia, wspólnego tworzenia, świadomego wyboru między „oczywistościami” i „odmiennościami”,  wreszcie kompromisu.

Piękne? Pewnie! Ale w rzeczywistości zwykle jest to mieszanka wybuchowa, trzeba jedynie pilnować właściwej synchronizacji wybuchów. Lepiej żeby te były przesunięte w czasie bo podwójny wybuch grozi uszczerbkiem na zdrowiu! 😉

Zawsze pojawia się pytanie ile kroków mogę zrobić w kierunku kompromisu czując się jeszcze komfortowo. Z moich obserwacji wynika, że najczęściej bardziej skłonna do kompromisu jest jedna ze stron. Często ta, która pyta o kolor garnka. Odpowiedź uzyska ale czerwony garnek zostanie.


 

Zrobiło się jakoś smętnie. Zupełnie niepotrzebnie. Bo z drugiej strony zamieszkanie w innym kraju dostarcza mocnej dawki energii, inspiracji i czarujących chwil. A we Włoszech nagle na twój nieogarnięty dom spada cała masa dodatkowych gratisów w postaci słońca, ciepła, optymizmu, pełnych energii ludzi, magicznych miejsc, wreszcie aromatów i smaków lokalnej kuchni. Wystarczy rozmyślania na cięższe tematy przerwać wyciągnięciem się na tarasie z widokiem na Wezuwiusz albo najbliższej plaży i różowe okulary wracają na nos! :)


 

Chcecie poczytać historie z innych stron świata? Klikajcie:

Gabi – D for decisions // D jak decyzje

Dorota – D jak David

Joasia – Dzieci dwujęzyczne

Karolina – D… Détermination

Justyna – D jak dwujęzyczność – Alfabet mojej emigracji

Aleksandra – My Texas Alphabet: D for Driving

Ania –  Alfabet mojej emigracji – D jak Czuję, że jestem w domu

Ania –  D jak Dziękuję

  • Pingback: Dzieci dwujęzyczne | Z życia we Francji i Polsce wzięte()

  • „Podwójnie nieobecna” – to takie nasze emigracyjne piętno 😉

    A co do ‚domu’ mam troszkę inne odczucia. Wiele domów wynajmowaliśmy ale tylko w dwóch czułam się właściwie. W małym mieszkanku nad brzegiem zatoki w Szkocji i w tym w którym mieszkam obecnie najdłużej bo już 6 lat :) Czuję się w nim jak we właściwym miejscu :) „Tam dom Twój, gdzie serce Twoje” :)

    • Prawda, w niektórych miejscach czuje się, że czuje się znakomicie, jakby miejsce było stworzone na ciebie. Ale jeśli nie ma osób, które ożywiają to miejsce rodzinną i pozytywną energią możliwe, że po pewnym czasie zacznie ono być jedynie cudnym miejscem w małym miasteczku nad zatoką. Piękny ale nie Dom.

  • Zawsze uwielbiałam Włochy, więc trochę tego domu zazdroszczę. Ostatni raz wybraliśmy się tam latem 2011 roku na 21 dni. Mieliśmy wracać. Może za rok…
    Budowanie domu w obcym kraju to nie lada sztuka, zwłaszcza w parze z inną kulturą. Jednak Polki radzą sobie wszędzie! Polki górą! :)

    • O! Podpisuję się dwiema rękami. Polki są znakomite, poradzą sobie świetnie w każdych warunkach :)

  • Mój dom jest ma, gdzie moja rodzina (kiedyś najważniejsi byli rodzice, teraz są dzieci i mąż). Ściany i okoliczności przyrody a także kulrura mają zdecydowanie mniejsze znaczenie:)

    • Otóż to. Właśnie to próbowałam przekazać w moim tekście.

    • podpisuje się rączkami i stópkami :)

  • Pingback: D JAK DAVID | Nie zawsze poprawne zapiski Dee()

  • Krystian Pawlak

    Właśnie ja mam jeden poważny problem bo urodziłem się we Włoszech, tam przez ponad rok mieszkałem i tam też często jeździłem, ale mój dom jest w Polsce a do ojczyzny też cięgnie. Weź tu połącz koniec z końcem. 😐
    Ale chyba jednak skończę to co zacząłem bo technikum które wybrałem, kierunek na którym jestem, to wszystko nie jest z przypadku to plan który staram się realizować od dawna i jak na razie wychodzi. :)
    Ale czeka mnie jeszcze dużo pracy ( zdać maturę, dostać się na filologię włoską, poczekać na ustabilizowanie się gospodarki we Włoszech. ) A jeśli wyprowadzka się nie uda to zawszę mogę zostać pilotem wycieczek lub rezydentem. Wspominałem że kierunek na którym jestem nie jest losowy, daje mi on duże zaplecze zawodowe na przyszłość. A jak by ktoś się ciekawił o jakim kierunku tak cały czas bredzę to już odpowiadam. Jestem uczniem Zespołu Szkół Ekonomicznych na kierunku Technik Obsługi Turystycznej. :)

    • Plan jest dobry. Z perspektywy czasu widzę jednak, że nie do końca studia ale doświadczenie zawodowe pomagało mi odnaleźć i siebie i pracę w nowym miejscu. Jeśli jesteś dwujęzyczny już jesteś na uprzywilejowanej pozycji startowej. :)

  • Świetny ten projekt z alfabetem, może i ja dołącze do którejś literki :-). Co do domu, to ja mam dwa i tak mi zostanie. Nic nie poradze że jedną nogą i połową serca jestem nadal w Polsce, w moim mieście rodzinnym. jak wracam, nawet po roku nieobecności, to czuję się tak jakbym wyjechała kilka dni temu. Zaglądam do mojej kosmetyczki :-), idę do przyjaciółki i rozmawiamy jakby ostania rozmowa na żywo była wczoraj, a nie rok temu, biegę do ulubionego sklepu po ciastka, jadę nad morze i chłonę wszystko: emocje, atmosferę. Nawet na zapas. W międzyczasie tęskie do włoskiego domu :-). Lubię to. Doceniam ludzi, miejsca i emocje. Cieszę się chwilą i czekam na następne. Wszędzie oczywiście wyruszamy razem, więc i dla mojej córki Polska to taki drugi dom, bo tam jest kawałek mamy :-).

    • Piękne jest to co napisałaś – kawałek mamy jest w Polsce! :)

  • Pingback: D jak Dom ( #5, z cyklu Alfabet Emigranta ) | Storyland()

  • Nie bijmy się w pierś „bo my Polacy”. Każdy jest inny i inaczej podchodzi do mieszkania w innym kraju czy mieście. Ja mam wrażenie, że im młodsi ludzie tym chętniej próbują czegoś nowego i tym łatwiej asymilują się z miejscowymi. Czy demonizuję? Nie wiem, piszę jak ja sama odczuwałam zmianę miejsca…

  • Pamiętam ze starej książki „Pan Samochodzik i Templariusze” hasło „Tam Skarb Twój, gdzie Serce Twoje”, które z osobistych względów zamieniłam na „Tam Dom Twój, gdzie Serce Twoje”. A że jest na styku kultur, pazienza :)

  • GM

    Ale o co chodzi z tym czerwony garnkiem? To jakiś zabobon?