imigranci

W rejonie Caserty koło Neapolu Polacy przez długie lata stanowili większość wśród imigrantów. Przyjeżdżali do pracy. Kiedy poszerzyły się granice Unii i napływać zaczęli Rumuni i Bułgarzy, stawki zaczęły się obniżać. W międzyczasie przyszedł kryzys, bardzo mocno odczuwalny we Włoszech, i mocno urosła grupa imigrantów z krajów afrykańskich.

Polacy wyjechali bo przestało być opłacalne pracowanie na południu Włoch. Pozostali nieliczni ci, którzy założyli tutaj rodziny, zwłaszcza te mieszane, ci, którzy ułożyli sobie tutaj życie albo znaleźli dobrą pracę.

Polacy wyjechać mogli. Ale dla miejscowych problem pozostał. Imigranci wykonują zwykle najprostsze prace, do których nie potrzebują dobrej znajomości języka i wysokich kwalifikacji.  I właśnie w takich zawodach stawki bardzo spadły, pozostałe pozostały bez zmian.

Co się stało?

Prostsi ludzie, bez kwalifikacji mocno zubożeli tym bardziej, że stawki za lekarza, prawnika, specjalistę nie spadły.

I dlatego temat imigrantów budzi spore emocje.

Pomimo, że Włosi od lat przyzwyczajali się do imigrantów, od kilku lat sytuacja bardzo się zaogniła.

Znajoma z Kalabrii, która na co dzień opiekuje się ciężko chorym mężem, do dodatku opiekuńczego dorabiała sobie nockami przy starszych, chorych ludziach. Kiedyś za 1 noc mogła wziąć nawet 50 euro. Mówi, że kiedy przyjechali Polacy nadal była w stanie utrzymać swoje stawki. Po otwarciu się na kolejne kraje (Bułgaria, Rumunia, Albania) stawki spadły nawet do 30 euro. Od kilku lat już nie pracuje bo Marokańczycy popracują nawet za połowę tej stawki.

Jednocześnie złość i rozgoryczenie mieszkańców budzi fakt, że ci sami, którzy zbijają stawki za pracę, zajmują mieszkania komunalne, dostają opiekę od państwa w postaci np. bezpłatnego ubezpieczenia. I bardzo nie podoba się im coraz bardziej roszczeniowe i agresywne nastawienie napływających. A pewne zachowania budzą nawet strach.

Jeden z przykładów.

Jadę samochodem, z tyłu siostra i tata, kieruje mój partner, Włoch. Przejeżdżamy przez San Nicola La Strada – miejscowość gdzie kierowca urodził się i mieszkał przez lata. Dziś miasteczko jest ciemnoskóre. Na każdych światłach wyskakuje grupka ciemnoskórych próbująca myć szyby. Włoch-kierowca macha, że nie, tym razem dziękuję. Ciemnoskóry uderza pięścią w maskę samochodu krzycząc „jesteście gorsi od Cyganów!” Popatrzyliśmy się na siebie zastanawiając czy tłumaczyć gościom to co usłyszeliśmy przed chwilą. Moja tolerancja kończy się w miejscu gdzie zaczyna się agresja i próba wchodzenia w moje życie i obrażania mnie i mojej rodziny. Za nic. Za to, że samochód był na nie-włoskich tablicach. Tydzień później szerokim echem odbiła się informacja, że dokładnie w tym miejscu został wyciągnięty z samochodu i pobity przez ciemnoskórych Włoch. Pewnie też nie chciał umytych szyb…

Informacja taka przekazywana jest potem z ust do ust i strach rośnie. To jak samonapędzająca się maszyna.

Kiedyś podczas gotowania zabrakło mi jajek. Skoczyłam do najbliższego sklepu na dole prowadzonego przez (chyba) Hindusów. Dostałam mocną reprymendę. Teraz na pewno nas okradną, widać, że jesteś nie stąd, pewnie cię śledzili. I nagle jak z rękawa zaczęły wyskakiwać opowieści mrożące krew w żyłach z imigrantami w roli głównej. Każdy miał gotową jakąś opowieść. To pokazuje, że wśród miejscowych rzeczywiście panuje niepokój i obawa przed obcymi. Zwłaszcza tymi, którzy słabo zintegrowali się z miejscowymi – czyli głównie ciemnoskórymi bo oni żyją w swoich zamkniętych społecznościach i bardzo słabo znają język.

Oczywiście w tym momencie włączają się do dyskusji starsi wspominając jak jeszcze 15-20 lat temu można było zostawić mieszkanie otwarte i nikomu do głowy nie przyszło, że mogłoby być okradzione.

Ja słucham, obserwuję. Ciekawe doświadczenie. Z jednej strony jako imigrant mogę czuć się napiętnowana takimi opiniami i wystawiona na falę niechęci. Ale z drugiej strony rozumiem. Nie często zdarza mi się słyszeć, że jestem gorsza od Cygana od kogoś, kto ani mnie nie zna, ani nie był w moim kraju!

Staramy się być tolerancyjni dla ludzi pochodzących z kręgów kulturowych gdzie nietolerancja jest na porządku dziennym…


Wpis powstał w ramach projektu Alfabet Emigracji współorganizowanego z blogerkami z całego świata. Jako, że każdy z nas ma swój rytm & styl wpisy pojawiają się w kreatywnym harmonogramie.

Ola – O jak Ozarka

Karolina – Oxydoreduction 

Gabi – O jak otwartość

Justa – O jak Olivia

Anna Maria – O jak od nowa

Dorota – O jak ojej!

  • Dużo jest prawdy w tym, co piszesz. Z moich obserwacji wynika, że Włosi mają dość imigrantów, bo są lepiej od nich traktowani. Podczas gdy Włoch musi płacić tryliony podatków z prowadzenia interesu, obcokrajowcom ułatwia się na tym polu przepisy. To boli, dlatego się wkurzają. Niedawno kolega męża dostał mandat, bo nie dał klientowi paragonu w barze (za kawę) i wcale na to nie psioczył, ale na to, że tych, którzy sprzedają na czarno, nikt nie karze. Niedawno sama byłam świadkiem tego, jak w Centro Antico policja bawiła się w kotka i myszkę ze nielegalnymi sprzedawcami. Jechali sobie powolutku, a do tego czasu sprzedawcy zdążyli się ulotnić z towarem- i tak parę razy. Nie złapali ich, bo nie chcieli ich złapać- Włoch na takie łaski nie może liczyć…

    • Ciemnoskórzy stoją zwykle w tym samym miejscu ze straganami sprzedając podróbki. Kiedyś partner próbował to zgłosić – miasteczko ze straganami – z Polizia odesłali do Carabinieri, ci z powrotem do Polizia, w końcu Guardia di Finanza. A na koniec wprost powiedzieli, żeby dał spokój bo i tak nikt nie podjedzie. Przy okazji prawie nas wtedy pobili i zarekwilowali aparat bo (z oddali) zrobiłam zdjęcie modlącego się na macie ich pobratymca. Trzeba uważać bo na pomoc służb publicznych nie ma co liczyć…

  • matka_emigrantka

    Chyba wszyscy boją się imigrantów – zwłaszcza tych, którzy słabo się chcą integrować z lokalną społecznością, nie znają języków I w ogóle mało się dają poznać.

  • Pingback: O jak Ojej – Nie zawsze poprawne zapiski Dee()

  • Pingback: O jak Olivia – Alfabet mojej emigracji |()