Tortellini

Włosi lubią ożywiać miejsca doopisując je swoimi skojarzeniami, najczęściej pozytywnymi i świadczącymi o wielkości albo pięknie miasta. Choć z jednej strony tak właśnie tworzy się stereotypy czyli to co nie do końca lubimy, z drugiej – podkreśla znaczenie miasta albo wskazuje nam czego należy się spodziewać i podkreśła pewne walory miasta.

I tak Rzym stał się Citta’ Eterna czyli Wiecznym Miastem, Venezia – la Serenissima (oczywiście chodzi o Najjaśniejszą Rzeczpospolitą Wenecką a nie o błękit weneckiego nieba), Genua – la Superba (wiadomo, Republika Genui to wielowiekowa potęga morska i handlowa), Florencja – la Bella (tu Włosi się nie wysilili zbytnio), a Padwa – la Dotta (w odniesieniu do intelektualnego oblicza miasta). O Neapolu wolę chwilowo nie wspominać bo lepiej nie wszczynać dyskusji jak daleko na południe kończą się Włochy

Bolonii za jednym zamachem przyklejono trzy przymiotniki: „la dotta, la grassa, la rossa”. I wcale nie chodzi tu o dotowanego czerwonego grubasa a o lubiących dobrze zjeść, uczonych bolończyków przechadzających się wśród zabytkowych kamienic pokrytych czerwoną dachówką. No, może ciągle wykazujących nieco komunistycznymi poglądami…

A o co dokładnie chodzi?

Dwie Wieże
Dwie Wieże

La dotta

Uniwersytet boloński jest jednym z najstarszych i najbardziej prestiżowych na świecie, najstarszą uczelnią w zachodnim świecie, założoną w 1088 roku. Wśród jego uczniów znaleźć można wiele znanych nazwisk, a wśród nich imię Dantego, Petrarki i, oczywiście, Kopernika. Do dziś miasto postrzegane jest jako jeden z ważniejszych ośrodków uniwersyteckich w Europie i tętni życiem studenckim 80 tysięcy alumnów z całego świata.

I do tej właśnie uczelni i „uczoności” miasta odnosi się określenie „la dotta”. Jeśli ktoś chce wejść w życie studentów bolońskich może zaglądnąć do Palazzo dell’Archiginnasio, z Teatro Anatomico sali wykładowej gdzie odbywały się lekcje anatomii i medycyny,  a nazywanej tak od swojego kształtu amfiteatru. Można się też po prostu powłóczyć po Via Zamboni w samym centrum miasta – tu jest kilka wydziałów i cała masa studentów. Zresztą młodych uczonych i uczących się spotyka się na każdym kroku. Dzięki temu miasto żyje i jest bardzo energetyczne. Tu mówię nie tylko o pełnym Piazza Maggiore ale także o niewiarygodnej wręcz ilości rowerów (choć same Włochy średnio z rowerami mi się kojarzą), ogólnym wyluzowaniu (w parkach miejskich młodzi siedzą na trawce, robią pikniki) i szeroko pojętym życiu wieczorno-nocnym.

La grassa

Kto był w Bolonii wie, że wstąpienie do lokalnej trattoria albo osteria może pokrzyżować szyki. Ja też tego doświadczyłam. Je się długo a kiedy już się zje, człowiek nie ma siły sie podnieść. Tak więc należy się przenieść do pobliskiego baru na caffe’. Muszę przyznać, że świetnie się odnajduję w hedonistycznej Bolonii.

ragu'
ragu’

Chyba każdy bolończyk DOC lubi dobrze zjeść. A przy okazji dobrze odżywia się napływających tu studentów. :) Patrząc na nasze akademiki i dietę studencką muszę przyznać, że sama z chęcią usłyszałabym informację, że moje potomstwo wybiera studiowanie w Bolonii.

Nie bez kozery więc z regionu pochodzi cała masa produktów DOC znanych i cenionych we Włoszech: prosciutto, parmigiano reggiano, l’aceto balsamico, mortadella. Produkty te są jednocześnie składnikami kolejnych potraw, z których słynie Bolonia- tortellini z prosciutto, posypane parmigiano reggiano. O tortellini Bolonia toczy zresztą nieprzerwany spór z nieodległą Modeną. Kto był pierwszy? Rozstrzygnięcia ostatecznego nie należy się spodziewać. :) Choć północ Włoch preferuje pasty z farszem, stąd pochodzą również znane na cały świat inne makarony jajeczne (jak grassa to grassa :) )le lasagne, le tagliatelle. A do obu z nich pasuje oczywiście Il ragu’ alla bolognese (nie, nie jada się go ze spaghetti!).

tortellini con prosciutto
tortellini con prosciutto

Nie mniej grasso można zjeść zamawiając sobie słynne bolońskie fritto misto czyli kombinację placków, smażonych mięs i warzyw albo zajadając w biegu focaccię – tu często z dodatkiem słoniny.

Choć dziś samo określenie miasta grassa czyli tłusta nie do końca jest komplementem dla miasta, każdy wie, że w Bolonii po prostu można dobrze i smacznie zjeść.

La rossa

Dlaczego o mieście mówi się, że jest czerwone można się przekonać samemu wychodząc na jeden z dachów miasta albo wyskrobując się na jedną z wież. Nie dość, że budynki pokryte są czerwonymi dachówkami, to do tego budowane były z czerwonej cegły.

ferrari
Źródło: http://auto.ferrari.com/

W XX wieku „la rossa” zyskało nowe znaczenie – miasto znane było z mocno lewicujących, komunistycznych poglądów i „czerwonych” włodarzy miasta. Do dziś można spotkać symbole sierpa i młota na budynkach.

Dla wielu fanów motoryzacji czerwona Bolonia to symbol szybkich samochodów wyścigowych tradycyjnie czerwonych dla państwa włoskiego. Bolonia jest przecież kolebką motoryzacji z czerwonym Ferrari na czele i jego lokalną konkurencją – Ducati, Lamborghini i Maserati.

La turrita

Bolonii dopina się czasem również trzeci przymiotnik: “turrita” ponieważ miasto słynie z wież czyli torre. W średniowieczu było ponoć aż 180 wież, ale dziś również jest nieźle – pozostało ich 20. Oczywiście najbardziej reprezentacyjne i najbardziej rozpoznawalne na mapie Bolonii są dwie z nich – Asinelli i Garisenda. Dlaczego są tak rozpoznawalne? Po pierwsze sa w samym centrum tuż przy Piazza Maggiore, po drugie pierwsza z nich jest krzywa, a po trzecie na drugą z nich można wejść. Z wysokości 100 m panorama miasta jest fantastyczna i z łatwością można zrozumieć co mieli na myśli ci, którzy nazwali Bolonię „la rossa”.

  • Nie wiem, dlaczego Włochy tak na mnie działają, ale uwielbiam tamtejsza kuchnię, uwielbiam o nich czytać i oglądać zdjęcia stamtąd. W Italii byłam tylko raz, niestety nie odwiedziłam Bolonii, aczkolwiek słyszałam o niej sporo dobrego :)

  • Ale bym teraz zjadła takie włoskie jedzenie… Byłam dwa razy we Włoszech, ale tylko nad wybrzeżem i w Rzymie. A Bolonia faktycznie wydaje się ciekawa, nie wiedziałam nawet że mają aż taką starą uczelnię :)

    • Do Bolonii dolatuje Ryanair więc za stosunkowo małe pieniądze można spędzić fajny weekend.

  • Chyba mogłabym tam studiować… Bardzo fajny post, podoba mi się wyjaśnienie „la dotta, la grassa, la rossa, la turrita”.

    PS. Tutaj: Chyba każdy bolończyk DOC lubi dobrze zjeść. A przy okazji dobrze odżywia się mapływających… wkradły Ci się jakieś „DOC” i literówka w „napływających” 😉 A poza tym wszystko pięknie, super się czytało!

    • :) Dzięki za zwrócenie uwagi na literówki. A określenie DOC jakiegoś człowieka oznacza jego lokalne pochodzenie – bardziej żartobliwe ale popularne wśród Włochów. Jeśli ktoś jest np Napoletano DOC to, bez względu gdzie teraz mieszka, na pewno głośno mówi, żywo gestykuluje, kocha pizzę i caffe’ stretto stretto. 😉

      • Aaaaa jeju! Haha 😀 Nie wiedziałam! Czyli jestem Katowiczano DOC – bo też dużo i głośno mówię, kocham pizzę i Śląsk hihi :)

        • A nie, skoro ponad kluski śląskie stawiasz pizzę to wyglądasz mi na IGP 😉

  • Martyna Biegańska

    Matko, kocham czytać o jedzeniu. Kogo obchodzi, że tłuste, u nas też super zdrowo nie jest a każdy czci bigos 😉 Moja nauczycielka od włoskiego przytacza zawsze anegdotkę, że włosi zawsze muszą podgryzać chleb do posiłku. Nie che mi się wierzyć, że można przetrącić spaghetti z chlebem, słyszałaś może o tym? ;p

    • A nie, pierwszego dania (czyli pasty) nie przegryza się chlebem. Przegryza się drugie czyli kawałek mięsa z (ewentualnie) contorno. Czymś przecież trzeba wyczyścić talerz po sosie! 😉

      • Anthonyb

        Przeraszam, ze sie wtracam, Ale znam wiele osob, ktore jedza i pierwsze dania z chlebem. Doslownie przegryzaja w czasie jedzenia a nie tylko ” czyszcza” talerz. Wyobrazmy sobie pasta e patate (makaron z ziemniakami) z chlebem 😉

        • O proszę! Ja od dwóch lat mieszkam we Włoszech i jeszcze nie spotkałam się z przegryzaniem makaronu chlebem. Ale możliwe, że co region to obyczaj! :)

          A makaron z ziemniakami rzeczywiście się we Włoszech przygotowuje, tak jak piszesz. Ciekawe i nawet całkiem dobre. :)

  • Marzę, żeby odwiedzić Włochy, ale ta wizyta skończyłaby się powrotem z dodatkowymi kilogramami. Ale co tam, raz się żyje? :)

  • Od dawna jestem zakochana w tym kraju. Choć zwiedziłam tylko Rzym, Florencję, Wenecję, Rimini, Cesenatico, San Marino, Livigno, Bormio to nadal jestem nienasycona….A gdzie Piza, Cinque Terre, Sycylijskie klimaty, piękna Kalabria, Werona…nawet nie chcę wymieniać gdzie bym swój nos wsadziła :) Z braku czasu pozostają jak na tą chwile tanie bilety lotnicze, choć z weekendami jest problem bo zawsze są droższe. Za trzy tygodnie lecę do Bergamo, gdzie mam zamiar spędzić całą sobotę nad jeziorem Como – wyczekiwany od dawna mój wyjazd :) W Bolonii byłam tylko przejazdem i powinnam żałować, że nie znalazłam czasu na zwiedzanie!!! Może za rok wybiorę się na urlop do Włoch a na tą chwilę pozostaje mi tylko ,, zazdrość,, :) Pozdrawiam

    • No właśnie, też mam takie wrażenie, że przez Bolonię sie przejeżdża a zwykle jakoś brakuje czasu żeby się po prostu tutaj zatrzymać!

      A na włoską listę proponuję dorzucić Kampanię – let’s see: http://obserwatore.eu/w-podrozy/moje-wloskie-top-5/ :) Ja jestem zakochana w Monti Lattari i całych ich przyległościach.